Wdech-wydech.
Kultury natywne i kultury inne niż zachodnie mają swoje sposoby na psychologiczne przetrwanie ale biała nauka ma ich metody w pogardzie. Szamanizm, plucie w ogień, cyrk po prostu. Przypadkiem tych metod nie daje się zmonetyzować (żałosne) i przypadkiem naprawia się tam nie tylko człowieka ale i jego społeczność (śmieszne).
Psychoterapia nie polega wyłącznie na zmianie zachowania; dotyczy także akceptacji tego, czego zmienić nie sposób - pisze Nancy McWilliams. Tu chciałam napisać, że autorka tych słów to guru dla nowych adeptów sztuki psychologicznej ale w związku z powyższym chyba nie powinnam, bo będzie obraźliwie.
Kim jest Nancy McWilliams? To królowa w psychologicznym imperium, autorka wielu książek z zakresu psychologii pozytywnej. Jest uznawana za światowy autorytet w dziedzinie diagnostyki psychologicznej, struktury osobowości oraz teorii i praktyki psychoterapii. Jej podręczniki akademickie są fundamentalną lekturą dla studentów psychologii i przyszłych terapeutów na całym świecie, w tym również w Polsce.
A zatem, akceptacja tego, czego zmienić nie można. Najogólniej mówiąc, mamy małe szanse na zmianę rzeczywistości - zwłaszcza, kiedy imperatywem staje się jej akceptacja. W tym miejscu narzuca się się pytanie, czym jest owa rzeczywistość? Osobiście uważam, że to anturaż i jądro ciemności naszego kulturowego uniwersum, byt człowieka potykającego się co rusz o fakapy cywilizacyjne na drodze życia. Tu chyba należy dodać, że owy byt dla ludzi białych i kolorowych to dwie odrębne bajki.
Królowa żyje tylko w jednej, własnej, na szczycie wieży z kości słoniowej
Pogodzenie się z nieodwracalną stratą wymaga przejścia przez proces żałoby, czasem długotrwały. Żałoba wydaje się naturalnym mechanizmem, który pomaga nam zaadaptować się do najboleśniejszych ran zadanych przez życie - pisze psycholożka. Brzmi znajomo a nawet pozytywnie.
Ja powiedziałabym, że strata to naturalna rzecz, czego nas uczy choćby biologia, żałoba zaś to rzecz wtórna, ale co ja tam wiem, zaledwie po kilku latach psychologii społecznej. Podobnie jak nie wiem nic o “ranach zadanych przez życie”. Myślę, w swojej ignorancji a nawet głupocie, że tzw. życie to zazwyczaj ludzie i systemy. Jeśli, rzecz jasna, przyjąć założenie, że człowiek to istota społeczna. Jednak, co byśmy poczęli bez eufemizacji, całkiem by nam odbiło, gdyby te systemy i ci ludzie nazywali siebie po imieniu. W psychologii, podobnie jak jak w religii, eufemizowanie pomaga ojojać maluczkich, wzniośle, poetycko, oddalić grozę, wypłaszczyć widzenie, w taki sposób, (zupełny przypadek) żeby nie wskazać autorów ran i szram.
Utrata może dotyczyć osoby, przedmiotu, ukochanego zwierzęcia, (odkrywcze) a także miejsca lub sposobu życia – np. ojczyzny wraz z jej kulturą i językiem, pisze dalej McWilliams – oho, coś czuję, że oto zmierzamy do clou sprawy.
Ale najpierw Ziemia do wieży: czy autorka, biała uprzywilejowana kobieta, pochodząca z kraju, który zawłaszczył wszystko co było do zawłaszczenia ale jeszcze nie skończył, stawia w jednym szeregu kradzież roweru czy śmierć kotka z zaborem miejsca i tożsamości narodu?
Wspomniane przez nią bezlitosne “życie” wkracza oto w inne życie i odbiera mu ojczyznę. Odbiera mu jego miejsce, dobytek, odbiera język, godność i prawo do istnienia, czyli odbiera wszystko. Czy taki człowiek potrzebuje kontraktu terapeutycznego i adaptacji do nowej rzeczywistości, pytam naiwnie i retorycznie, czy raczej potrzebuje broni i taktycznego wsparcia?
Hejo, królowo, jak mawiał pan Karol, sępiąc ode mnie fajki na ulicy, gdzie twoje człowieczeństwo?
Dzieci Aborygenów lądują w szkołach oddalonych od domu o 20 tysięcy kilometrów i stają się skradzionym pokoleniem. Afrykanie lądują na statkach i płyną ku nowemu światu a później lądują na aukcjach. Amerykańskie ludy (sic!) rdzenne lądują w rezerwatach a Afgańczycy lądują w fundamentalistycznej dupie. Zaś Wietnamczycy zadzierają głowy i patrzą na nadciągający Rolling Thunder a potem na lecące z góry napalm i pestycydy i lądują w grobach.
Zresztą, grzebanie w odległej historii jest pozbawione sensu, kiedy na żywo patrzymy na Epic Fury. Wszyscy oni zapewne się dziwili, że życie może być tak okrutne. No bo jest, prawda? Po co ludom walki obronne i wyzwoleńcze, po co mnożyć straty w potyczkach o zachowanie kultury i języka, kiedy wystarczy za radą McWilliams przejść proces żałoby, by uporać się z okrucieństwem?
Ale dość o światach odległych i ludziach (ludach) z nie naszej bajki. Wróćmy do znanej nam rzeczywistości. Strata, pisze psycholożka, może też dotyczyć bezpowrotnego odejścia młodości, dawnego stanu zdrowia, utraty pracy, wcześniejszych oczekiwań czy złudzeń.
Życie koryguje nasze złudzenia, też prawda, choćby te, że edukacja zapewni nam dobrą pracę, (tu ukłony dla programistów i tłumaczy w bójkach na pięści z AI), a wraz z nią domek z labradorem i dziećmi w ogródku, jaki mieli rodzice. Życie na przykład uczy nas kanonu piękna – to dziewczęta w wieku lat 16, potem już tracą termin ważności, ale spokojnie, to samo życie podsuwa nam produkty i zabiegi, czarodziejskie oręże, byśmy toczyły przez lata beznadziejną walkę z czasem.
Złe życie.
To samo życie niszczy nam zdrowie, choćby przez legalne używki albo pracę ponad siły, a później rozkłada ręce, optymalizując wydatki, kiedy chcemy się leczyć. Podłość życia nie zna granic: złamana ręka, ciężka choroba w rodzinie, jakiś collaps nerwowy przez to, co życie przywlokło, i masz ci los, człowieku, tracisz robotę i stajesz się bezdomny. Inny przykład jak parszywe bywa życie: bezdomny to inaczej chory psychicznie, jak głosi dekret Trumpa z 2025, do siłowego usunięcia z ulicy i leczenia zamkniętego. Nancy McWilliams o tym przejawie życia z własnego podwórka uprzejmie milczy.
Żałoba, czytamy dalej, może obejmować również stratę związaną z decyzjami, które w przeważającej mierze przyniosły korzyści – jak rozwód czy zmiana tożsamości płciowej.
No jo, odpowiem po kujawsku.
Nie ma to jak szlochać po mężu-kacie czy kulturowych przekonaniach o pedalstwie, choć zniszczyły nam życie. Nic tak nie usidla człowieka w poczuciu podjęcia decyzji męczeńskiej, jak zmiana akcentu. Pragmatyzm, odwaga, determinacja, dbałość o własny dobrostan to krok ku realnym korzyściom ale co szkodzi przesunąć akcent i nazwać zwycięstwo stratą? Co szkodzi zaproponować opłakanie jej w gabinecie? Można byłoby, po podjęciu dobrej decyzji, upić się z przyjaciółmi w barze lub wyjechać na wycieczkę życia ale nie – brakuje świętej triady, o czym za chwilę. Jeśli nie jest to podtrzymywanie znaczenia wartości życia, tego w rozumieniu McWilliams, które nas tłucze do nieprzytomności, i tworzenie mitu tęsknoty za nim, to ja nie wiem. Ale do brzegu.
W literaturze inspirowanej ruchem psychologii pozytywnej oraz we współczesnych trendach społecznych obserwuje się wzmożone zainteresowanie wartością akceptacji, wdzięczności i przebaczenia – postaw od dawna akcentowanych przez tradycje religijne, lecz często zaniedbywanych w kulturach świeckich, uświadamia mnie ekspertka.
Patriarchat, kapitalizm, rasizm, kolonializm. Wyzysk w różnych formach, optymalizacja kosztów, zwłaszcza aby zwiększyć zyski wąskiej grupie. Nierówności, ograniczony dostęp do zasobów, niszczenie planety, wojny i rzezie. Deregulacje, tworzenie propagandowych narracji o indywidualnej odpowiedzialności jednostek za ich jakość życia, wykluczające przekonania, religie jako sposób kontroli społecznej, nastoje pogromowe, cynizm polityczny - na całe nasze uniwersum kulturowe, które ryje nam banie, tworzone dla i z aktywnym udziałem uprzywilejowanych, agresywnych możnych i wpływowych (zazwyczaj mężczyzn), na które odpowiedzią powinien być gniew, opór, bunt a nawet kostki brukowe, Nancy McWilliams, autorytet psychologiczny, proponuje akceptację, wdzięczność i przebaczenie, triadę, którą przez wieki proponował kościół, co autorka wspomina z wyraźnym sentymentem i przyganą, bo ”zaniedbaliśmy”.
Można byłoby, na widok tej skamieliny z gówna, zaśmiać się teraz sardonicznie, gdyby nie świadomość faktu, z jaką wdzięcznością (sic!) jej wynurzenia są przyjmowane, z jaką powagą i namaszczeniem są cytowane, i jak bardzo kształtują myślenie kolejnych generacji psychologów.
Tekst McWilliams jest prosty, jasny i przyjemny, i w istocie mówi bezpośrednio o strategiach łamania zachodnim społeczeństwom (reszta jest dzika więc się nie liczy) kręgosłupów, nadgarstków, nóg, wraz z wydłubaniem oczu. To slasher i rzeźnia, jeśli przyjrzeć się z bliska, ale po co, skoro można mówić poezją, jak Monsieur Jourdain z Moliera mówił prozą.
McWilliams dba o nasz dobrostan: toporki i noże zawija w kocyk pastelowy, dodaje miękką podusię, kołysanko-mruczankę, słodkie pitu-pitu, misia przytulankę. Śpij moje maleństwo doświadczone przez (khmm) życie, ja się o ciebie zatroszczę. Jest wygodnie, smacznie, wdech-wydech, jest pełny brzuszek i jest czułość – kto nie marzy o takiej opiece? Utulony sympatycznie jest też terapeuta, swoją rolą przewodnika i chodzącego dobra, który karmi poszkodowanych strawą duchową – choć to krwawa kaszanka. Systemy i ludzie, odpowiedzialni za owe przetrącone życie, też są zadowoleni i spokojni; trwa społeczny porządek, bo biała populacja, zajęta akceptacją, wdzięcznością i wybaczeniem, pacyfikuje się samodzielnie.
Ej, koleś, to genialne, aż chce się krzyknąć, gdyby to był nowy pomysł, ale nie jest. Trudno się dziwić, że kiedy życie nas doświadcza, szukamy pociechy: w kościele wspólnoty, w terapeucie przyjaciela a w wódce zapomnienia. To substytuty, biznesowe, narracyjnie – whatever, ale ideowo zawsze związane z systemem, jego ludźmi i ich interesami.
Sprzedawca substytutu nie nazwie spraw po imieniu, to nie w jego interesie –osobiście rozczulają mnie wnioski psychologów nurtu pozytywnego z badania o różnicach odczuwania szczęścia pomiędzy kobietami a mężczyznami; otóż statystycznie czujemy się mniej szczęśliwe, a interpretacja jest taka, że po prostu inaczej definiujemy tę emocję – btw, czy ktoś widział gabinet terapeutyczny dla kobiet poszkodowanych patriarchatem, skoro mowa o psychologii jako nauce społecznej? A może jakiś szyld lub ogłoszenie: “specjalizujemy się w psychoterapii dla dotkniętych rasizmem, postkolonializmem, wyzyskiem korporacyjnym”?
Nie ma? Smutno.
Ale są za to eksperci od napadów paniki, bezsenności, lęków, depresji i wypalenia zawodowego, więc proszę nie narzekać.
Jak zatem Nancy McWilliams konkluduje swoją encyklikę, gdzie widzi przyszłość człowieka? Być może, pisze, jednym z czynników wzrostu zainteresowania buddyzmem i praktyką uważności (mindfulness) jest powszechna potrzeba skupienia się na tym, co jest, a nie na nieustannej pogoni za tym, co mogłoby być – pogoni promowanej przez ideologie konsumpcjonizmu Zachodu. Mądrość ta jest kluczowa w psychoterapii, której podstawowe wartości często pozostają w sprzeczności z założeniami dominującej kultury komercyjnej.
Amen.
Ale pomimo tego podrążę.
Bo doprawdy? Psychoterapia i jej wartości stoją często (czyli kiedy?) w sprzeczności wobec kultury konsumpcyjnej? Ładnie to tak wystawiać sobie laurki posypane brokatem wartości w obliczu pewnego l.u.d.o.b.ó.j.s.t.w.@, kiedy środowisko psychoterapeutyczne milczy? A co z powszechną psychologizacją tzw. życia i ludzi go doświadczających, na portalach, poczynając od polityki a kończąc na dietach?
Może, w apokaliptycznej rzeczywistości z fasadowymi instytucjami i Kartą Praw Podstawowych na czerpanym papierze, coraz bardziej bez związku z reality, oraz z kapitałem idącym na rympał i już bez pryncypiów jako uzasadnienia, ludzie w fazie terminalnej, zainfekowani totalnie kulturą konsumpcji szukają wytchnienia w podlewaniu pelargonii, jak bohater wiersza Andrzeja Bursy, lub już tylko scrollują, jak bohater facebooka? Może tzw. życie pozbawiło ich nadziei a kultura narzędzi? Może psychologia maczała w tym palce, jako kulturowy produkt? Może tej nadziei nie przywróci im wspomniana triada a zachęta do rebelii? Może na ałka i złamane serduszka potrzebna jest szkoła zakreślania granic, ale nie wokół siebie, a wokół ludzkich wartości? – męczę tę bułę, ale powtórzę: psychologia to podobno nauka humanistyczna.
Jednak, oddajmy autorce sprawiedliwość, bo pisze przecież o konsumpcjonizmie. No pisze, tyle że, jak w wypadku straty i żałoby, on jest wtórny. Bo to kapitalizm jest wirusem a konsumpcja objawem choroby. Tu warto dostrzec i docenić desperację McWilliams w dbaniu o system – porusza problem społeczny, owszem, bardzo ładnie z jej strony ale nie tyka jego beneficjentów. Sprytnie jest mówić o ideologii Zachodu, bycie bez ciała i nazwiska, i upupiać troską zakażonych, bo to ich deficyty, ich kompulsja i ich odpowiedzialność. Od systemu się odpierdolta.
W świecie masakrowania ludzi i przyrody, i wyschniętej na wiór przyszłości, człowiek nie powinien fantazjować o tym, jak być powinno, bo nie jest to ani mądre ani bezpieczne. Mądra i bezpieczna jest adaptacja. Takie porównywanie swoich oczekiwań z tym, co życie nam przyniosło, jakaś pogoń za ideałami, sprawiedliwością czy równością społeczną, niezgoda na bycie towarem, jakiś bunt wobec kradzieży kraju, języka czy kultury albo wobec powszechnej kradzieży prywatności, wszystko to wywołuje tylko (i całkiem niepotrzebnie) rewolucyjny chaos i napięcia. Biznes tego nie lubi. On woli ciszę. Wdech-wydech. Nie po to wymyślono kozetki, żebyśmy je wywracali kopniakiem jak stoliki. Mamy tam zasnąć.
W sumie, myślę sobie, gdyby psychologia, z tym co proponuje nam obecnie, wcześniej rozwinęłaby skrzydła, mielibyśmy o wiele większe kompetencje adaptacyjne a poczucie dobrostanu wśród populacji przebiłoby skalę. Życie byłoby mniej drapieżne.
Taki Nelson Mandela na przykład, zamiast walczyć z Apartheidem, robiłby “oooommm” w cieniu kaktusa. Sufrażystki i robotnicy stalowni w Ohio, zamiast włazić na barykady, prowadziliby dzienniczki wdzięczności. Michnik z Frasyniukiem medytowaliby, patrząc na muchę na ceracie, zamiast kontestować komunę. Rosa Park nie wsiadłaby do autobusu i nie pchałaby się na nie swoje miejsce; praktykowałaby totalne wybaczanie zbierając bawełnę na plantacji. Zaś chłopcy bez nóg, weterani z Wietnamu, zamiast w proteście antywojennym rzucać przez płot Białego Domu swoje odznaki Purpurowego Serca, obracaliby je godzinami w palcach i ćwiczyli uważność.
Nancy McWilliams, której słowa przytoczyłam w całości z postu Laboratorium Psychoedukacji, też pewnie tego żałuje.
Fota/ Jay Maisel/ 1981


Psychoterapia w służbie pacyfikowania wkurwu na zje@any świat. Ludzie to kupują bo przecież “i tak nie mam na to wpływu”. Kraj zombie :(
Globalne korporacje na wszystkie przejawy obywatelskiego "wkurwu" wypracowały doskonałą, dwuetapową metodę: 1. Niedostępność, 2. Dokręcenie śruby o dwa obroty i poluzowanie o pół. Na pocieszenie dodam, że ktoś policzył, iż nowoczesna opieka psychologiczna dotyczy jakichś 10% populacji, więc reszta może sobie śmiało brykać, przekonana, że ma na cokolwiek wpływ, zanim ją spacyfikują.