Dust Bowl.
Widziałem już zamaskowanych bandytów, którzy terroryzują nasze ulice. Widziałem ich podczas „brudnej wojny” w Argentynie (...). Widziałem ich w Salwadorze, kiedy szwadrony śmierci zabijały 800 osób miesięcznie. Widziałem ich w Gwatemali za dyktatury José Efraína Ríosa Montta. Widziałem ich w Chile Augusto Pinocheta i w Iraku Saddama Husajna. Widziałem ich w Iranie pod rządami ajatollahów (...). Widziałem ich w Syrii Hafeza al-Assada. Widziałem ich w Bośni, gdzie muzułmanów zaganiano do obozów koncentracyjnych, rozstrzeliwano i grzebano w masowych grobach (...). Wiem, co mnie czeka - pisze Chris Hedges, dziennikarz, laureat nagrody Pulitzera, który przez piętnaście lat był korespondentem zagranicznym „The New York Times”.
W swoim artykule (link w komentarzu - bardzo polecam, co za dziennikarstwo!) nawiązuje m.in. do „Rozprawy o kolonializmie” Aimé Césaire, który twierdził, że “brutalne narzędzia imperializmu i kolonializmu ostatecznie wracają do kraju ojczystego. To zjawisko znane jest jako imperialny bumerang.”
Kiedy osadnicy zdobywali “dziki zachód” i kiedy wykuwał się mit amerykańskiego obywatela, nikt nie przypuszczał, jak szybko ten twór państwowy, oparty na brutalności, chciwości i ekspansji dostanie bumerangiem po głowie. Bo gdy już zakończył się etap kolonizacji, gdy już zabrano ziemię ludom rdzennym, a ich samych albo zabito albo umieszczono w rezerwatach, i gdy wydawało się, że nic nie jest w stanie zakłócić eldorado, bumerang właśnie odwracał trajektorię swojego lotu.
Północna i Południowa Dakota, Nebraska, Kansas, Oklahoma, połowa Teksasu, część stanu Montana, Wyoming, Kolorado i Nowego Meksyku - w sumie cała środkowa Ameryka Północna w latach trzydziestych została zasypana czarnym pyłem. Znikały pod nim farmy, miasteczka, szkoły, banki, drogi, uprawy, tory kolejowe oraz ludzie. Pod tym pyłem grzebano tysiące tych, który zmarli z powodu uduszenia.
Preria, pokrywająca powyższe stany, zwana przez osadników Wielkimi Nizinami, po której przemieszczały się jedynie stada bizonów, zasiedlona przez pokolenia Indian, nigdy nie była przyjaznym dla człowieka miejscem. Latem nawiedzały ją potężne upały i susze, zimą lodowaty wiatr i niskie temperatury. Rdzenne plemiona nie ingerowały w naturę. W zgodzie z nią korzystały z tego, co natura stworzyła. Aż przyszedł biały i powiedział: ja nie zrobię tu dealu? - weź, potrzymaj mi flaszkę. Rozprawił się z rdzennymi, wybił miliony bizonów, zaczął uprawiać zboże.
Wywrócono na lewą stronę całą glebę, która trzymała przez setki tysiące lat tę ziemię w ryzach. Skuszeni darmowymi działkami, wsparciem państwa i zyskami z upraw pszenicy, Amerykanie ruszyli, by orać, orać, orać. Bumerang nad ich głowami świszczał ale kto by tam słuchał, skoro płynęła rzeka kasy. A potem ziemia odpowiedziała. Rozryta, pozbawiona korzeni traw, zakotłowała się w powietrzu, niczym duch zemsty zabitych plemion. Wszystko przykrył czarny, duszący pył i nawet mocarny mit założycielski nie był w stanie go pokonać.
Amerykanie, jak to mają w zwyczaju, walczyli dzielnie. To minie, mówili po pierwszej, dziesiątej, setnej burzy pyłowej. Damy radę. Zatykali szmatami dziury w ścianach chałup, wieszali mokre prześcieradła w oknach, wywozili dzieci do rodziny, żeby nie umierały, jedli patyki, trwali uczepieni tej ziemi (swojej-nie swojej) wychudłymi rękoma, próbowali siać i zbierać. Wszystko na nic. Potem przyszedł krach i spadły ceny pszenicy. Zaczęła się amerykańska tragedia i amerykański spektakularny odwrót. Te setki tysięcy farmerów-bankrutów rozpoczęło ewakuację. Wszędzie powstawały koczowiska białej biedy. Głód, bezdomność, przemoc, choroby, alkoholizm, samobójstwa, trauma pokoleniowa - imperialny bumerang roztrzaskał Ameryce czaszkę a karma wróciła, w postaci losu ludów rdzennych.
Uratowała ich, prawdę mówiąc, II wojna światowa. Wyciągnęła z piekła nędzy, ubrała w kamasze, dała żołd, rzuciła do Europy, potem na Pacyfik w wojnie z Koreą. Potem ich synów pochłonął Wietnam, potem ich wnuków Afganistan, potem Irak. Inne ziemie, inne burze, tropikalne, pyłowe - whatever, ale zawsze ten sam mit (mnie się nie uda?) i ten sam, spektakularny odwrót, z używkami, przemocą, śmiercią i traumą na drogę powrotną do domu.
Oni, myślę sobie, z tych Wielkich Nizin nigdy nie wyjdą. Raz rzucony bumerang musi krążyć, bo taka jego natura. Podbój musi się odbywać, nieważne konsekwencje i koszty ludzkie. Nieważne miejsce. Bojówki ICE, walczące z Amerykanami, są tego najjaskrawszym i być może ostatecznym przykładem. Może to ostatni rozdział wielkiego podboju i rozrywania tamtejszej ziemi pługiem? Może wielki dziejowy bumerang, po zatoczeniu koła wraca, niosąc za sobą pył i groby, żeby historia też mogła je zatoczyć, zgodnie z ludzką naturą?
Polecam książkę Timothy’ego Egana Brudne lata trzydzieste. Opowieść o wielkich burzach pyłowych. Wydawnictwo Czarne, a także zdjęcia z tamtych czasów (Arthur Rothstein i Dorothea Lange)
Foto/ Lange


Bardzo interesujący punkt widzenia. I chyba najbliższy prawdy. Pozdrawiam serdecznie.
Upada mit wspaniałej Ameryki. Wyłazi i skrzeczy brudna rzeczywistość. Dla mnie to jest nowość, ale im bardziej się zaczynam przyglądać jakie to "Eldorado", tym bardziej dostrzegam hipokryzję i okrucieństwo. Nie podoba mi się to, co widzę.