Cena.
Mam taką teorię, graniczącą z pewnością, że nie da się w żadnej rzeczywistości normalnie funkcjonować, jeśli nie mamy furtki do tajemniczego ogrodu.
Ta teoria mówi, że bez możliwości posiedzenia tam, na ławce, w ciszy, w oderwaniu od jazgotu reality, w onirycznej mgle albo w słońcu, na wyschniętej pomarańczowej pustyni albo w buszu, na greckiej wyspie albo na patio starego domu w Nowym Orleanie, gdzie wśród kojących odgłosów szemrzącej fontanny i w gęstej zieleni wisi sobie wisielec z połyskującym brylantem na palcu, otóż bez tego ogrodu nie można rzeczywistości nazwać, opisać, zrozumieć. Przetrwać nie można.
Mówię o literaturze.
O wieczornym czytaniu, gaszeniu światła i o patrzeniu w noc, żeby obraz trwał.
Ludzki gatunek stworzył sztukę, aby nie oszaleć. Oto moja teza. To szczelina, pęknięcie, przez którą sączy się światło, jak śpiewał Leonard Cohen w swoim hymnie. Pytanie tylko, co pęka, my czy to, co na zewnątrz. Może nie ma różnicy. Bez tej szczeliny jesteśmy wyłącznie dzikimi istotami, które węszą, biegną, kradną, zjadają, srają, kopulują, śpią a potem wstają, żeby pobiec dalej, w poszukiwaniu kolejnego łupu. A potem umierają. W ciemności albo ślepi.
Sztuka nas zatrzymuje. W biegu nie da się dostrzec detalu i jego piękna; nie da się oddychać w tumanie kurzu pod nogami, w tym nieustannych tupaniu. Inny walor jest taki, że sztuka pozwala nam obcować z rzeczywistością skończoną, zamkniętą w ramach: obrazu, okładek, partytur czy napisów początkowych i końcowych. Daje nam to poczuciu kontroli w otaczającym nas chaosie i nieprzewidywalności.
Ktoś powie, że to złudna kontrola, ale czy mamy inną?
Czytam “Inne głosy inne ściany” Trumana Capote’a. To już chyba trzeci raz, o ile się nie mylę - objaw instynktu samozachowawczego; czytam, żeby nie zwariować.
Akacje porośnięte zwiewnym hiszpańskim bluszczem, Jesus Gorączka i jego fotel na biegunach, Zoo ze szramą na szyi od brzytwy, tajemnicza dama w oknie w białej peruce, wypolerowane paznokcie kuzyna Randolpha i jego maniery, węże wodne, stary hotel gdzieś na bagnach, dzika dziewczynka z rudą czupryną, dzwon w trawie wzywający kiedyś niewolników, talizmany chroniące od złego - tego złego, co się zbliża, upał i gwałtowne parne burze, czerwona piłeczka, zeskakująca upiornie po schodach - czy to nie dobry powód, żeby zostawić typa, który myli Grenlandię z Islandią? Typa, który ma przycisk atomowy?
Co za kurewskie szczęście, myślę, że ta dudniąca od ludzkiej gonitwy Ziemia wydała Capote’a na świat, dzięki czemu możemy wejść do czarodziejskiego ogrodu Alabamy lat trzydziestych. Co za epicki paradoks, że mały Truman, piękne i dziwne dziecko, stał tak często na polnej drodze przed domem krewnych gdzieś na głębokim południu, i patrzył jak jego matka z aspiracjami oraz ojciec, drobny wyszczekany cwaniaczek, odjeżdżali niknąc w pyle, każde osobno, w pogoni za swoim łupem - całkiem nieświadomi, że właśnie okrywają syna talentem, który go kiedyś zniszczy. Co za pomieszanie błogosławieństwa i tragedii, że zostawiali mu jedynie ulotny zapach perfum i niespełnione obietnice, budząc tęsknotę za niedostępnymi światami, z czego potem Capote stworzy kilka arcydzieł i swoją upragnioną boską rzeczywistość, którą też zniszczy. Co za dar i przekleństwo, że tamten kurz na skórze spowodował cudowne pęknięcie, przez które wydostały się później światy oszałamiające oraz potwory, które Trumana zabiły.
Miałam napisać o dobrodziejstwach znikania w czarodziejskim ogrodzie, kiedy natężenie jazgotu przekracza wszystkie granice, a przecież piszę o cenie. Ta cena musi się pojawić, inaczej zamiast ze sztuką mamy do czynienia z pierdoleniem.
Capote nie napisałby historii panny Bobbit, innego pięknego i dziwnego dziecka z opowiadania “Dzieci w dniu urodzin”, historii kończącej się nagle na pylistej drodze, gdyby sam się na tej drodze nie stał. Bo czy nie na tym polega to fatum, archetypiczna wędrówka człowieka zawarta we wzorcu Proppa, gdzie bez gonitwy, chaosu, warczenia i towarzyszących temu chmur duszącego pyłu nie dostaniemy klucza do furtki, za którą są magiczne przestrzenie? Nie będzie dla nas miejsca, gdzie możemy od terroru świata odpocząć, odetchnąć? I że ci, którzy tworzą sztukę i ci, którzy sztuki szukają, muszą ten pył posmakować? Kto twierdzi, że wyszedł czysty z traktów życia, albo łże albo udaje, że żyje.
A co z resztą biegaczy? Reszcie to lata, dosłownie, bo gdy gnają przed siebie to wiatr zwiewa im magię ze skóry. Nawet nie wiedzą, że istnieje pył księżycowy i że jest hałas nie do wytrzymania, bo sami są hałasem. Nie mają co prawda olśnień i wzruszeń, ale też nie mają dylematów, takich, jakie mają ludzie, którzy odkładają książkę, gaszą światło a potem długo patrzą w noc, chcąc zatrzymać obraz tamtego ogrodu, bo wiedzą, że furtka zaraz się zatrzaśnie.
I może, teraz tak myślę, to jedyny wybór jaki naprawdę nam dano: pędzić i za to płacić, albo stanąć i też płacić?
Fota/ Irving Penn/ NY/1948 - rok wydania “Innych głosów innych ścian”.
.


Pięknie to napisałaś
Sztuka jest obrazem tego, jak inni ludzie czują świat. Jeżeli ktoś potrafi wniknąć między delikatne muśnięcia pędzla, urok łączenia słowa czy rytm płynącej muzyki posiadł ogromny dar postrzegania i może nazywać się prawdziwym empatą.